gorean.pl

"Prywatna biblioteka skryby Jaeger'a Vatn"

TRUBUNA BYWALCÓW

TRYBUNA - kamma

kamma


Dla kammy uległość jest jak latarnia wskazująca drogę na ścieżkach życia.

Choć zdarza się jej pobłądzić, wciąż, jak ćma, wraca do jej światła.

W swoich tekstach postara się przekazać prawdę o sobie, swoim życiu i przemyśleniach.

 


 

 

Droga do wolności, czyli rzecz o uleganiu

 

Pisząc o drodze do akceptacji swojego charakteru i jego spójnika – uległości, kamma pozwoliła sobie na rekonesans po meandrach internetu, czym dla szeroko rozumianego społeczeństwa owa uległość jest. Czemu niewolna zaczęła właśnie od tego? Ponieważ w dzisiejszych czasach swoje pięć minut przeżywa inne pojęcie – asertywność.
Wszystkie zachowania znajdujące się na biegunach wobec tego „równika” uważane są za zgoła niepożądane. Tak więc w spektrum bieguna południowego znajdziemy zachowania uległe, północnego zaś agresywne. We wszelkiej maści poradnikach wyczytać możemy, min.:

„Osoba uległa obawia się wyrazić swoje uczucia, czuje się winna, usprawiedliwia swoje zachowanie. Zachowuje się przez to niespokojnie, ucieka spojrzeniem i częściej używa sformułowań typu „czy byłbyś tak uprzejmy” itp.” i inne w takim i podobnym tonie.

http://www.womkat.edu.pl/files/standaryzacja/grupa43/Koziol_komunikacja_interpersonalna/zachowanie__ulege.html

Nawet Słownik Języka Polskiego tworzy uległości zły PR.:

uległy - podporządkowujący się bez większych oporów, posłuszny

ulec rzadziej: ulegnąć;
1. zostać pokonanym, poddać się, skapitulować;
2. ustąpić komuś, dać się namówić;
3. poddać się jakimś uczuciom; znaleźć się pod wpływem czegoś;
4. doznać działania czegoś;
5. o kobiecie: oddać się mężczyźnie; o mężczyźnie: oddać się kobiecie

Spojrzenie na kammy historię poprzez pryzmat oficjalnych definicji, pozwoli zrozumieć w czym tkwił jej problem z dotarciem do sedna sprawy... a więc do rzeczy.
Osiem lat to dla wkraczającej w życie dwudziestoparolatki szmat czasu, w tym wypadku niemal jedna trzecia przeżytych wiosen, całe dorosłe życie. Osiem lat spędzonych pod jednym dachem z człowiekiem, dla którego przychyliłaby nieba. Nagle, choć nie tak zupełnie bez zapowiedzi, wszystko wali się w gruzy. Coś jest nie tak. Czyjeś imię, imię innej, przewija się w rozmowach, dla innej mężczyzna chce być rycerzem w lśniącej zbroi, ruszyć z
odsieczą, wesprzeć. To, co do tej pory go cieszyło, przestaje go radować, a nawet budzi agresję. Wreszcie dziewczyna pęka. Rozstanie i tak było już tylko kwestią czasu.



Kim jestem?



Pozostawiona samej sobie, zaczynam analizować te osiem z górką lat. Okres fascynacji, gdzie nic niestanowi przeszkody, a wszystko stwarza okazję do budowania więzi, był wyjątkowo dla mnie pracowity. Zmieniłam w sobie wszystko, począwszy od ubioru i fryzury, na muzycznych upodobaniach skończywszy – bo daleko mi było, w moim mniemaniu, do jego idealnej kobiety. Przyklaskiwał zmianom, cieszyły go, lecz nie ingerował. Zatriumfował we
mnie brak przywiązania do rzeczy, elastyczność gustu. Kochałam, więc chciałam ofiarować mu dom idealny, z obiadkiem pod nos, ciepłą atmosferą, dom uporządkowany i ciepły. Szybko okazało się, że nie jest zwolennikiem idealnego porządku, za to jest wielkim smakoszem. By lepiej wypełniać ludowe powiedzenie „przez żołądek do serca”, zapisałam się do szkoły gastronomiczno­ - hotelarskiej. Starałam się, a mimo to oddalaliśmy się od siebie.
Cóż, w pierwszej wersji tego artykułu, wyłożyłam przysłowiową „kawę na ławę”, bez zastanawiania się, czy zaserwowałam cienką lurkę, czy może nie lepiej byłoby przyjrzeć się fusom, bez roztrząsania historii parzenia owej „kawy”, przy czym parzenie/sparowanie okazuje się być tu słowem zasadniczym.
O tym, co składa się na powodzenie związku napisano już wiele, więc nie będę zgłębiać tego tematu. Wystarczy, że powiem, iż dla mnie wówczas najistotniejsze okazało się obopólne dopasowanie, a raczej jego brak. Młody wiek, w którym zaczęliśmy ten związek, burza hormonów, początkowa fascynacja, wspólne dojrzewanie, ujawniły rozbieżności w pojmowaniu świata i związków. Koniec końców, zabrakło fundamentów pod budowę wspólnej
przyszłości. Nie powiem, by był to zły związek. Nie zrzeknę się też częściowej odpowiedzialności za jego rozpad. Z naiwnością dziecka myślałam, iż dając mu z siebie wszystko, mogę stworzyć nam dobry dom. Niestety zabrakło w tym wszystkim JEGO.
Cierpiałam. Co gorsza, znajomi twierdzili, że to moja wina, że go zagłaskałam, że w ramionach innych szukał ucieczki. Z drugiej strony w mojej rodzinie twierdzono, że żaden z niego mężczyzna, że to takie „ciepłe kluchy”. Prawda zapewne leżała pośrodku... Musiałam zastanowić się nad całym moim życiem, bo okazało się, że zgubiłam gdzieś siebie, chcąc dopasować się do niego.
Przemierzyłam pamięcią lata dzieciństwa. Dom z mamą schizofreniczką i bez mamy, bez ojca, z chorą na raka, choleryczną babcią i silnym, zrównoważonym dziadkiem. Skąd się wzięła ta siła, która pchnęła mnie do takiego gruntownego podporządkowania, wobec mężczyzny, którego kochałam? Przypomniałam sobie, że od zawsze byłam posłuszna. Wychowywano mnie i siostrę w zasadach kindersztuby, z silnym akcentem na tradycyjne miejsce kobiety. Babcia uczyła nas, jak chodzi, siedzi, pije i je „prawdziwa kobieta”. Pamiętam straszenie piekłem i Szatanem, pamiętam razy i latające drewniaki, gdy coś szło nie po jej myśli, jej przewrażliwienie na tle płciowości, czystości, dotykania. Pamiętam również przykaz dzielenia się i opiekowania słabszymi, pomocy potrzebującym. Nigdy nie miałam z tym problemu – nie przywiązywałam się do rzeczy, bo też nigdy do końca niczego nie miałam na własność – wszystko dzieliłyśmy z siostrą. W domu każdy miał swoje miejsce i wyznaczone obowiązki. Nic nie było pozostawione przypadkowi. Jak wyjazd – to planowany z wyprzedzeniem; jak odwiedziny – to tylko te zaplanowane w najmniejszym szczególe. Takie ramowe życie nie krępowało jednak wyobraźni i ciekawości. Zachęcano nas wręcz do poszerzania horyzontów i rozwijania talentów. Miałam więc dodatkowe zajęcia z rysunku, tańca, dostęp do książek, także tych z babcinej biblioteczki.
Pokwitanie wspominam z rozbawieniem, choć dla niektórych może wydawać się to dziwne, zważywszy na babcine przewrażliwienie. Zdarzyło się mi dostać cięgi i za dotykanie, i być zwyzywaną od dziwek... bo pękły mi majtki i przyniosłam je do domu w ręce (może kojarzycie, takie delikatne chińskie majteczki, z materiału podobnego do najtańszej gazy?). Za jedno nie mogłam być karana – za wybujałą wyobraźnię, skrzętnie skrywaną przed światem
zewnętrznym. Pamiętam swoją pierwszą fantazję, naiwną jak to u dziecka, ale dającą pewien ogląd kształtującej się wówczas psychiki i postawy. Nie wiem już, co było pierwsze: wyobrażenie, czy sen, ale wracałam do tej imaginacji niejednokrotnie. W niej to mam uczestniczyć w inicjacji szkolnej. Nowe otoczenie, ludzie i budynek. Boję się, lecz jestem podniecona faktem wkroczenia na ścieżki edukacji. Co dziwne, dyrektorem szkoły jest Szatan: postawny, o plecach prostych jak struna, z bródką i gęstymi brwiami nad przenikliwymi jasnoszarymi oczami. Nie wiem, czy jest przystojny, czy nie – to nie istotne – ważna jest bijąca od niego siła i stanowczość, które budzą mój lęk, ale i nieznany mi dotąd, przyjemny dreszcz. Jak to na rozpoczęciu pierwszych klas, stajemy do inicjacji – czyli pasowania na ucznia. Pasowania dosłownie, na gołe pośladki... Jakimi dziwnymi ścieżkami chodzi dziecięca wyobraźnia?
Okres buntu przeszłam, jak niemal każdy nastolatek. Choć u mnie nie wynikał z braku poszanowania, czy sprzeciwu wobec zasad starszych, lecz z chęci bycia w grupie. Zmienił się środek ciężkości mojego świata. Szkoła średnia była dla mnie koszmarem. Wybrana jeszcze przez babcię (zmarła, gdy wciąż uczęszczałam do podstawówki) zupełnie nie odpowiadała moim zainteresowaniom. Z trudem ją akceptowałam, lecz udało mi się ostatecznie ukończyć ją bez poślizgu. Towarzystwo natomiast mi spasowało. Zaczęłam słuchać metalu. Ciężkie brzmienia i mroczna atmosfera pasowały do nastrojów osieroconej nastolatki (nadal zresztą jest to gatunek, który najbardziej mi odpowiada). Były więc wagary, eskapady do sąsiednich miast, włóczęga po cmentarzach i poszukiwania swojej drogi. Satanizm, buddyzm, hinduizm, Hare Kriszna... Książki, rozmowy filozoficzne, różne ścieżki, subkultury... nic jednak nie dawało oparcia, nic nie wypełniało pustki, którą mógł ­ jak się okazało ­wypełnić tylko mężczyzna.
Pierwsze miłostki były jak smakowanie, czego tak naprawdę oczekuję od faceta. Było więc różnorodnie – nie miałam wyrobionego gustu, zresztą nie przywiązywałam wagi do wyglądu. Nie były to zresztą poważne związki, aż trafiło na tego, z którym spędziłam osiem lat.

 



Przegrana wojna?



Można powiedzieć, że przeszłość nie dała mi jednoznacznej odpowiedzi, co mi tak naprawdę dolega, czemu nie potrafię być sobą, gdy idzie o mężczyzn, a może nawet o społeczeństwo? Może to brak silnego charakteru? Może brak wzorca? Może to jego wina, a przy innym będzie inaczej? Zastanawiałam się nawet, czy przypadkiem nie mam choroby dwubiegunowej o wyjątkowo długich epizodach, albo cierpię na podwójną osobowość. Cóż, trzeba było
jakoś żyć dalej.
Skończyłam wówczas studia licencjackie. Znajomi porozjeżdżali się do domów. Kontakt się urwał. Zresztą nikt nie miał ochoty na siedzenie z zapłakaną, osamotnioną babą, użalającą się nad sobą. Pozostał internet. Wpierw jakieś gry mmo­rpg, później trafiłam na forum BDSMowe. Wpadłam w wir krótkich znajomości – w sumie nie było tego wiele, lecz dało mi jasny pogląd na to, czym jest samo BDSM i czego mogę spodziewać się po mężczyźnie mianującym się Panem, a było to dla mnie za mało. Miałam wysoki próg bólu i niewiele zahamowań. Cielesność nie mogła wypełnić pustki we mnie. Ostatecznie przestałam szukać odpowiedniego człowieka. Z czatu tematycznego korzystałam już tylko z braku lepszego zajęcia. Wtedy pojawił się on. Miał na imię Robert i zupełnie inne spojrzenie na związki. Wypytywał mnie o wszystko. Interesował się jakie mam zainteresowania, czy jestem wierząca, jak zapatruję się na problemy społeczne... Przeżyłam szok i zupełne olśnienie. Takich szczerych i obopólnych rozmów nie prowadziłam dotąd z nikim na czacie. Gdy zapytał o uległość, wyśpiewałam to, co mówiłam każdemu: mam wysoki próg bólu, nie toleruję piss i scatu, szukam relacji 24/7. Przerwał mi i zapytał raz jeszcze. Zupełnie nie wiedziałam o co chodzi. Nigdy dotąd nie zastanawiałam się czym jest uległość. Sięgnęłam po jej definicję – potwierdziło się pejoratywne, obiegowe mniemanie na temat ulegania. Tak też dotąd sama pojmowałam uległość – jako coś przekreślającego
indywidualność – objaw słabego charakteru. Cóż, życie dało mi w kość, wykształciło we mnie pewną siłę. Upadałam i podnosiłam się wielokrotnie, na przekór przeciwnością. Jak więc mogłam mówić o sobie, jak o przegranej wojnie? Musieliśmy odbyć sporo rozmów, sama musiałam sporo przemyśleć, bym mogła przyjąć do siebie prawdę – jestem uległa. Uległa z natury, uległa mentalnie i fizycznie.



Drugie dno



Robert odkrył przede mną inną stronę medalu ­ uległość ma też drugie dno ­ można czerpać z niej siłę, będąc całkowicie uległym, pozostawać w niej prawdziwie wolnym.
Jak to możliwe? Otóż okazuje się, że wśród nas jest niemała grupa osób, zapewne w większości kobiet, która w swej naturze ma silnie zakorzenione pragnienie służenia drugiej osobie, rodzinie, społeczeństwu. Jest to podyktowane wrodzonym instynktem przetrwania gatunku. Osoby te przedkładają dobro innych, ponad swoje własne. Spełniają się, bezinteresownie działając na korzyść innych, bez roztrząsania tego, czy ich działanie wpisuje się w kulturowe trendy. Tym ludziom często jest trudniej w społeczeństwie konsumpcyjnym, lecz zapewne ich życie może być bardzo satysfakcjonujące. Zrozumieją to na pewno matki – w końcu, często jedyną nagrodą za ich trud jest uśmiech dziecka. Tak silne odczucia pojawiają się również w bezinteresownej i pełnej służbie drugiej osobie, pod warunkiem, że człowiek, którego obdarzymy swoją uległością, będzie właściwą osobą, co znaczy, że będzie potrafił podźwignąć ciężar owego podarku.

Czas powrócić do narracji. Dopiero, gdy przyznałam, że jestem uległą, wspomniał o Gor i kajirach. Zresztą, bodaj na początku znajomości pytał, czy nie jestem kajirą, ale nie drążyliśmy tematu. Jako, że miałam internet na podorędziu, zerknęłam na okładki i o dziwo dwie z nich skojarzyłam „Captive of Gor” i „Tribesman of Gor”. Okazało się, że już je czytałam! Co więcej, wydaje mi się, że musiały mi wpaść w rękę w moim własnym domu! Niestety nie kojarzyłam akcji, a moja znajomość angielskiego, gdy je czytałam, pozostawiała wiele do życzenia.
Wreszcie zdecydowałam się spotkać z Robertem. Budził moje zaufanie i szczerą ciekawość. Przypuszczenia jednak wypadły blado przy rzeczywistości. Umówiliśmy się, że jeśli zechcę, oddam się w jego ręce, jeśli nie, nie będzie drugiej szansy, tak czy siak nie będzie odwrotu od decyzji. Stchórzyłam.
Robert jest wspaniałym mężczyzną i życzę mu, by znalazł tą, która się nie ulęknie.

I had been told I must live a lie. I had been told I must pretend to be what I was not. But here I had learned I must live the truth, and must be true to myself.
(Witness of Gor, p.308)


Wiem, że każdy ma swoją ścieżkę i inaczej pojmuje świat, związki i swoje w nich miejsce. Niemniej jednak, w ramach podsumowania, pokuszę się o kilka wniosków-­rad, płynących z mojej historii i doświadczenia:

– Po pierwsze – należy śmiało poznawać siebie, swoje pragnienia i możliwości. Nie znając siebie, można bowiem na lata utknąć w sytuacji/związku, które mogą się jawić, jako pozbawione happy endu. Wszystko ma bowiem swój ciąg dalszy ­ nawet sytuacje pozornie bez wyjścia, można przekuć na coś wartościowego.

– Po drugie – warto dać sobie czas ­ nie od razu Rzym zbudowano. Zarówno w relacjach z innymi, jak i w poznawaniu siebie pośpiech jest złym doradcą. Nasze oceny nie zawsze są miarodajne, gdy opieramy się na pierwszym wrażeniu, czy obiegowej opinii.

– Po trzecie – może najważniejsze – nie ulegajmy presji otoczenia. Ostatecznie to my sami jesteśmy kowalami swojego losu. Nasze doświadczenia, psychika, charakter są jedyne w swoim rodzaju, więc i sposób w jaki idziemy przez życie jest unikalny.

– Po czwarte – nie bójmy się mówić, pytać, zwyczajnie rozmawiać o tym, co nas interesuje, pasjonuje, czy boli. Nie dano ludzkości w zestawie startowym jasnowidzenia – jak nie powiesz, co siedzi w Twej głowie, zapewne nikt, szczególnie na początku znajomości, nie będzie w stanie się domyślić.

– Po piąte, szóste... ente – uległy/dominujący; suka/Pan – jesteś wyjątkowy i masz prawo do szczęścia według własnej definicji, respektując prawo do wolności innych.

"Odrzucam życie w zwyczajnym świecie
jako zwyczajna kobieta,
wchodzenie w zwyczajne relacje.
Chcę uniesienia i zachwytu."

Kogo gościmy

Odwiedza nas 27 gości oraz 0 użytkowników.


Copyright © 2013. All Rights Reserved.